Uśmiech

Delikatny uśmiech na Twojej twarzy.

Gdy ustami sunę po Twoim ciele.

Nie wiem co za chwilę się wydarzy

Za oknem burza, woda litrami się leje

 

Niepoprawna paranoja do romansu się wkrada

To nie tak jest, nie tak miało być, ja chcę inaczej

Miało być jak na początku, a jest jak na końcu

paranoja koło zatacza i kończy się między Twoimi nogami

jak zawsze

 

Kolejny raz ta sama nieskoordynowana forma

Bo jak mam mówić wiele nie mówiąc nic?

Wewnętrzna frustracja gdy żądze są niezaspokojone!

Gubię głowę, gubię myśli – taki awangardowy jestem!

 

Potencjalny dramat literacki,

Autodiss skazujący na poetycką śmierć…

A jednak żyję

Te potencjalne zmiany wprowadzane powoli,

Ale jak różny jest początek od końca?

a co się wyprawia w środku..?

Gdzie słodycz, eleganckie rymy i proste uczucia?

Gdzieś zniknęły zniszczone przez złe kobiety.

Czerń i biel odeszły – pozostała szarość.

Przestałem być jak kryształ czysty,

przestałem kryształem się żywić.

Odszedłem gdzieś.

Tam gdzie co chwilę gubię wenę.

Ot takie białe przemyślenia, wylane w biel kartki laptopa.

 

M.M.

Dotyk

Dotykałeś mnie tymi toksycznymi palcami

Były jak żyletki na mojej delikatnej skórze

Rozrywając mnie od środka ze swoimi kumplami

Ze łzami w oczach te wspomnienia przywołuje

 

Rozdarte ciało, postrzępiona dusza

Pognieciona samoocena, zaprzedana Demonom

Nic nie warte ja, umysłowa susza

Bez nadziei, bez końca, bez słowa – po prostu – ono

 

M.M.

Obojętność

Obojętność, obojętność.

Tylko to mam w głowie

Klonie przebacz, proszę odejdź

To jedyne co w neuronach pozostało

 

Kilka słów powtarzam bez końca

struty i pozostawiony sam sobie.

Chwila, brak muzyki

Już to naprawię

 

Summertime sadness

Już to naprawię.

 

M.M.

Deptak zapomnianych snów

Spojrzałem rozmarzony na ludzi na scenie

Tych młodych, choć starszych

wyćpanych przednie

Błagalnym wzrokiem patrzących…

 

„Zabij mnie, Odbierz mi życie…

Pozwól mi przez jakis czas być Tobą

A Ty wtedy bądź mną” – widzicie o co on prosi skrycie?

Tak to jest, gdy nie umiesz się pogodzić sam ze sobą.

 

Ponoszę konsekwencje, braku konsekwencji

Zazdrość to naturalny odruch

Co poradzę, taki jestem, do tego mam duży brzuch

I co? Godzę się z tym. Taki jestem i ponoszę konsekwencje codzień.

I żaden bogaty gnój

nie bedzie stał przede mną

i błaglnym wzrokiem prosił:

„Pozwól mi być Tobą

choćby na jeden dzień.”

M.M.

Okłamując

TO się nazywa dobry stan xD

 

Okłamuję się – tak wiele twarzy ze mną jest

jednak żadna nie wystarcza by żyć…

jak to jest tak bez sensu być?

nie wiem, nie wyobrażam sobie nie zobaczyć wszystkich w świecie miejsc!!!

 

Jestem tak toksycznie wschodni…

Nie rozumiem różnic między mną a afroamerykaninem

oprócz tego że ja muszę używać krezmu z ochroną UV

a on leży i grzeje swoje wałki czekające na asfalt

 

Co ja poradzę, że piszę brednie, tak tylko żyć umiem

w notorycznej, przewlekłej nietrzeźwosci

zatracająć się w nieszczęścia nieskończonej nicośći

wodząc wzrokiem za umierającym dniem

 

Jedynie z dźwiękoma kilkoma – tworzę swój świat

Bez skończonych żyć, nałogów wad

Dmę ile w piersi sił w najmagiczniejszą z trąb

By wykarmić ostatnią z parszywych gąb

 

To początek końca – Dies Irae

Na kilku dżwiękach stworzę kolejną szmirę

sprzedaną za grube miliony

dziecko z gliny żyjące eony

 

Chyba żart

buahahahaha

 

Dobrze, zakończmy to dobrze

morałem pragnącym zło zagasić

niech bamnksterzy się skryją w norze

Boże… Ale żem najebany

 

M.M.